Otwarta, przebojowa, pozytywna, b-e-z-p-r-o-b-l-e-m-o-w-a- tak określałam siebie samą. Tak też odbierali mnie inni już przy pierwszym kontakcie. Gdzie tłumy tam ja, gdzie więcej i głośniej, tam lepiej. Tym lepiej! Dusza towarzystwa, czasem błazen na potrzeby sytuacji, taka Mariolka z Paranienormalnych (kuwa, co nie?) Kontaktowa, z wiecznym bananem na twarzy, entuzjastka ludzi…

Chyba się starzeję…

Nie obiektywne będzie porównywanie siebie sprzed lat (mam na myśli czasy beztroski, różowych okularów, odpowiedzialności wyłącznie za siebie, naiwności wynikającej z wieku), do tego kim jestem, jak i co czuję na dzień dzisiejszy.

Dziś, a właściwie od kilku lat, jestem żoną, matką, kobietą po 30-tce i oddaliłam się znacznie od tej nastolatki…To chyba nie dziwi. Niepokojące byłoby, gdyby zmiany nie zaszły. Niektóre są na plus, inne przeszkadzają mnie samej, a nawet odrobinę martwią. I tym chcę się z Wami podzielić w dzisiejszym poście. Męczą mnie tłumy, szumy, męczą mnie (uwaga!!) ludzie? Jaaa? Aspołeczna?? Pytam samą siebie za każdym razem, kiedy wracam do domu np. z restauracji (zwykle takiej przyjaznej rodzinom z dziećmi), ze spotkania ze znajomymi (mam na myśli większe grono), czy centrum handlowego, które kiedyś kojarzyłam z relaksem/rozrywką. 

WTF? Przecież TO uwielbiałam!

Przed ciążą, a nawet w jej trakcie (do 7 miesiąca) pracowałam w klubie fitness. Kochałam swoją pracę. Relacje z klientami były przyjemnością. Jedne bardziej oficjalne, inne koleżeńskie. Pełniłam dwie funkcje w jednym miejscu: recepcjonistki, a po 8h za biurkiem, motywowałam innych do ćwiczeń jako instruktor fitness. Cztery telefony, dzwoniące na przemian lub w tym samym czasie, plus klient bezpośredni – nie stanowiły problemu. Miałam na to siłę, energię, ochotę, wynagrodzenie było na samym końcu. Dzień w dzień w klubowym klimacie: telefony, klimatyzacja, bieżnie i inne szumiące sprzęty, głośna muzyka, ludzie. Na zajęciach też..głośny bit, głośna ja, żeby dotrzeć z komunikatem do ostatniego rzędu. I tak kilka ładnych lat…Wracałam do domu, prysznic i dalej „do ludzi”. Czy byłam zmęczona? Bywało, że ciało, ale głowa-skąd! Klientów znałam po nazwiskach i po upodobaniach:) Ogarniałam ich ulubione zajęcia, suplementy, itp. Zapamiętanie choreografii na zajęciach (prowadziłam je na 3 poziomach zaawansowania) nie sprawiało mi trudności.

A dziś?

Jeśli nie mam ciszy, zewsząd moje uszy atakują szumy, ktoś dzwoni, inny o coś pyta, a w tle bębni telewizor, nie mogę zebrać myśli, nie potrafię się skupić. Pierogi, opanowane do perfekcji, rozpadają mi się w rękach, powietrze staje się coraz cięższe, a ja mam ochotę zamknąć się w ciemnej piwnicy i przeczekać, aż wszyscy zamilkną, pójdą spać, a telewizory zgasną.

Nader wszystko cenię sobie ciszę i sen (nieprzerwany sen). Na tę chwilę o jednym i drugim mogę sobie pomarzyć. Chociaż Sonia w wieku Leona udowodniła, że i przy niemowlaku można się wyspać. Ale z perspektywy posiadania drugiego już wiem, że Sonisława to nietypowy przypadek i przez macierzyństwo prawdziwie przeczołgana czuję się dopiero teraz. Mały jest na tyle mały, że największą przyjemność póki co czerpie z jedzenia. A że według niego najlepsze jedzenie jest w miseczkach, tych od stanika rzecz jasna (modyfikowanym pluje mimo kilku już prób), to szybko się w tej „piwnicy” nie zamknę. Chociaż kocham te momenty (karmić uwielbiam) to jednak mam poczucie, że wszyscy cały czas coś ode mnie chcą! A ja tym wszystkim (tak, tym których najbardziej kocham, też) mam ochotę powiedzieć: „A dajcie Wy mi święty spokój”. Sonia z pytaniami tudzież piosenkami przebija się przez płacz Leona, który pozostawiony na chwilę w bujaczku nie potrafi się odnaleźć, a w międzyczasie dzwoni Pani z Playa, z pytaniem czy poświęcę jej 3 minuty, bo tyle ma zająć ankieta. Oczywiście grzecznie ją zbywam, tłumacząc się brakiem warunków do rozmowy. Pani na koniec rzuca „do usłyszenia”, ja pod nosem fuknę „oby nie”, po czym mam ochotę poskakać po wyświetlaczu, ale rozsądek podpowiada mi, bym jednak tego nie robiła. 

Wiem, że to minie!

Wiem, że jeszcze zatęsknię i niejednokrotnie zaleję się łzami na te wspomnienia, które dziś tworzą moja rzeczywistość. Ale chroniczne zmęczenie, „szarpany” sen, powodują rozdrażnienie, a wtedy nie chce Ci się być cool, nie chce Ci się gadać o dupie Maryny, nawet gdybyś chciała, to silisz się nienaturalnie i co? I znowu się męczysz..

Przy dzieciach „nabawiłam” się zespołu Touretta, dość łatwo też wytrącić mnie z równowagi, ale nie posądzam się o żadną fobię, nie dam sobie też wmówić , że „zgnuśniałam”. Myślę, że Matki wiedzą o czym mówię, a jeśli macie podobnie, podzielcie się odczuciami w komentarzach. 

Post może być trochę chaotyczny, ponieważ powstaje właśnie w asyście moich chorych, ale pełnych energii dzieci, które skutecznie zakłócają moje myśli, ale najważniejsze chyba udało mi się przekazać;) 

 

 

Podobało Ci się? Podziel się z innymi albo skomentuj poniżej

2 komentarze

    • Kasia Odpowiedz

      Dzięki Kama:) Miło, że zaglądasz! Pozdrawiam Waszą familię:*

Napisz komentarz