Jeśli „sprzedam” Wam historyjkę o tym, że miesiąc smażyłam tyłek na plaży, piłam drina z palemką, zapomniałam o bożym świecie i o blogu, zapewne nie uwierzycie. I słusznie. Bo jedyne co smażę to kotlety, a z palemką chodzę po domu i ścieram kurze.

To gdzie byłaś Guapo?

Ostatnio? Najczęściej można mnie spotkać w aptece i w przychodni. Taka rzeczywistość! Odkąd Sonia poszła do przedszkola, regularnie znosi gratisy do domu, no i wiadomo..chorują oboje;/ Taki mały koszmarek, który dezorganizuje nam życie. Do niedawna, nie wiedziałam co to berodual czy nebbud (jeśli nazwy Wam nic nie mówią, to tylko się cieszyć). Od września nie chowam nebulizatora, który do tej pory zalegał w szafce. I te maski, na widok których synuś dostaje ataku paniki.

Zaskoczona? Nie! Zewsząd słyszałam, że jeśli poślę starszą do przedszkola, zacznie się to, co u większości. Nam również nie udało się od TEGO uciec. Jak Sonia, to zaraz Mały. I tak, z krótkimi przerwami, zalegamy sobie w trójkę w domu. Piszę w trójkę, bo jednak większość dnia dzieci są pod moją opieką. Tatuś dużo pracuje, a dodatkowo odbywa delegacje służbowe, więc o ile w normalnych warunkach zupełnie mi to nie doskwiera, to jednak w przypadku, gdy dzieci chorują, robi się problematycznie. A jeśli dorzucić do tego niedomagającą matkę, zaczynają się schody. I tak się zdarzyło właśnie…

Mąż w delegacji, a ja w czarnej d…

„To naprawdę szczęście, że przez cały okres bycia mamą (blisko 4 lata) nie chorowałam ani razu” – dumnie podzieliłam się refleksją z rodzicami w trakcie rozmowy. Mogę powiedzieć, że szczęście trwało naprawdę długo, chociaż od wypowiedzianego zdania do pierwszych symptomów choroby minęło całe dwie doby! Grypa położyła mnie na 3 dni do łóżka, dzieci dołączyły, a Filip według wcześniej ustalonego grafiku poleciał podbijać moskiewski rynek. Na szczęście mogłam liczyć na pomoc Babci, która wzięła Sonię do siebie na kilka dni. Tak czy siak, ten tydzień odnotowałam w kalendarzu jako jeden z gorszych w historii mojego macierzyństwa.

Między chorobami dzieciaków, które wracały do nas jak bumerang, udało mi się kilka razy wyjść do kina, zjeść kolację „na mieście”, by choć trochę zasilić baterie i nie zwariować. To tak niewiele, ale mnie pomaga. A Wy jak sobie radzicie w takich sytuacjach? Bo domyślam się, że niektórym Mamom (Rodzicom) taki scenariusz nie jest obcy.

My za każdym razem ocieramy się o szpital, ale jak do tej pory, obyło się bez. I niech tak pozostanie. Status na dziś? Wychodzimy z zapalenia oskrzeli u obojga, pełni nadziei, że domowy szpital zamkniemy wraz z kalendarzową wiosną;)

 A wracając do delegacji Męża – to nawet je lubię, pod warunkiem, że wszyscy zdrowi;) Znalazłam kilka plusów, ale o tym może w osobnym poście, jeśli chcecie?

Podobało Ci się? Podziel się z innymi albo skomentuj poniżej

Napisz komentarz