Temat, który ostatecznie zdecydowałam się poruszyć, chodził mi po głowie od dawna. Gdzieś tam przykryty innymi notatkami w telefonie, czekał na swoją kolej. Dlaczego czekał? Po pierwsze jest dość kontrowersyjny, po drugie mógłby urazić niektóre osoby z mojego otoczenia (na czym mi absolutnie nie zależało), a po trzecie, zastanawiałam się, czy jest sens w ogóle o tym pisać? Ale piszę. W końcu, temat jak każdy inny. A do tego, lekko sprowokowana, uznałam, że mój blog jest odpowiednim miejscem na rozwianie ewentualnych wątpliwości co do mojego stanowiska wobec podrób, bo to IM w dzisiejszym poście, mówię kategorycznie  N I E !

Ale zanim ktoś zarzuci mi hipokryzję…

Przyznaję, że naście lat temu śmigałam po mieście z marną podróbką speedy Louis Vuitton. Nie do końca świadoma, po prostu ładny kuferek i już. Nie analizowałam tego zakupu, ani też faktu, że mogłam wyglądać (a zapewne wyglądałam!)  kiczowato. Do tego białe kowbojki (nota bene dziś znów by się przydały:P) Może i lepiej dla mnie, że nie mogę znaleźć w swym archiwum żadnej fotki w tym „zestawie”, ale to były czasy, kiedy warunkiem udanej stylizacji była torba w tym samym kolorze co but. Także wszystko się zgadzało;) A kuferek wyglądał mniej więcej tak

Myślę jednak, że „tamte” czasy wybaczą mi tę wpadkę. W latach 90-tych, ba, jeszcze 10 lat temu, po towar z wyższej półki trzeba było wybrać się na wycieczkę poza kraj. I nie mam tu na myśli Turcji czy Egiptu, gdzie bazary zalane były (dalej są?) Vitą-nami i i Gabbanami, a raczej Paryż, Berlin czy Mediolan. Pomijając już fakt, że nie było mnie stać na takie dobra luksusowe, to przede wszystkim, nie było do nich dostępu. Z kolei 10 lat temu, wszystkie te brandy z najwyższej półki miałam (powiedzmy) na wyciągnięcie ręki, kiedy przechadzałam się Rodeo Drive (jedną z bogatszych ulic na świecie), jednak musiałam zadowolić się window shoppingiem, a zakupowemu szaleństwu oddawałam się w tamtejszych marshallach czy tk-maxxach, bo na nie wtedy było mnie stać.

Dziś, jeśli chodzi o dostępność do luksusowych marek, na szczęście problemu z tym nie ma (a ja mogę nadrobić zakupowe marzenia z przeszłości;) Chociaż zdarzyło mi się trafić na listę oczekujących na konkretny model torebki, gdyż, może kogoś to zdziwi, ale produkty Louis Vuitton znikają z półek i magazynów w zawrotnym tempie. Co ciekawe! Louis Vuitton to jedyna marka na świecie, która nie robi przecen, wyprzedaży, itp. Wręcz przeciwnie! Z roku na rok, produkty drożeją o 5%:) Zatem śmiało, acz z przymrużeniem oka, można rzec, że zakupy w Louis Vuitton to inwestycja:) Użyłam tego argumentu, kiedy Mąż podważył atrakcyjność jednej z moich torebek LV w stosunku do ceny. Powiedzmy, że go przekonałam;) Ostatnio, próbował wybadać temat i zapytał jakie mam plany inwestycyjne na 2019?:) Odetchnął z ulgą, kiedy zapewniłam, że w tym roku inwestuję głównie w rozwój osobisty;) I faktycznie, przede mną kolejne szkolenie, które mam nadzieję, pomoże mi być jeszcze lepszą w swoim fachu.

Wracając jeszcze na moment do starych czasów, wyznam Wam hiciora, o którym myślę, że nigdzie jeszcze nie przeczytaliście. Końcówka podstawówki. Nieodparta chęć posiadania „nieosiągalnego”. Oryginalne ciuchy-no kto o tym wtedy nie marzył? Wznosiłam się zatem na wyżyny swojej kreatywności i co robiłam? Łowiłam w szmateksach firmowe rzeczy ( często nie w moim guście czy rozmiarze, ale koniecznie firmowe), w domu odpruwałam metkę i uwaga…przyszywałam do zwykłego t-shirtu:))) I tak, w okamgnieniu, w zaciszu domowym, powstawała moja koszulka adidasa. Nie zapomnę też trzech pasków, które z second-handowej koszulki wylądowały na moich czarnych szortach z niedzielnego bazarku. Czy chciałam kogoś oszukać? Myślę, że nie w tym rzecz. To była ogrooomna chęć posiadania czegoś extra! Na tamtą chwilę, dla wczesnej nastolatki, Adidas, Nike czy Fila to był szał. Luksus! O Chanel -ach nawet nie śniłam, o ile w ogóle wiedziałam. Wszystkich tych, którzy jednak poczuli się przeze mnie oszukani, z tego miejsca-przepraszam;) Taki „hit” więcej się nie powtórzy;) 

Od tamtych czasów, na szczęście, dużo się zmieniło. Nie muszę niczego przerabiać, przyszywać. Natomiast na second handy nie wypięłam się i nadal je uwielbiam. I chociaż rzadko bywam, to kiedy już znajdę tę perłę za grosze, często z metką jeszcze, mam porównywalną frajdę z zakupami w luksusowym sklepie. I tego się nie wstydzę. Dziś jednak, w mojej szafie nie ma miejsca na podróby, nie ma towarów niewiadomego pochodzenia, za to jest świadomość i szacunek do projektantów. Epatowanie podróbką, oszukiwanie siebie i innych, jest, jak to dzisiaj określamy, słabe! Nie rozumiem tego zjawiska, choć wiem, że są i tacy, którzy nie zrozumieją tego, że za torbę można zapłacić kilka/kilkadziesiąt tysięcy.

Czy można bezkarnie nosić podróbę?

Teoretycznie podrabianie jakichkolwiek rzeczy-to kradzież własności intelektualnej. Ale póki co, nasze prawo nie nanosi kar na osobę, która taką podróbę nosi. Prędzej konsekwencje poniesie sprzedawca fałszywych towarów. Zupełnie inaczej natomiast wygląda to we Francji, gdzie za noszenie podróbek grozi wysoka grzywna w wysokości 300 tysięcy euro i pozbawienie wolności, bodajże do lat trzech. Świadomość takich konsekwencji skutecznie odstrasza od „okazyjnych” zakupów. Zatem moi drodzy, po polskich ulicach możecie śmigać w podróbie, ale na romantyczny wypad do Paryża, nie ryzykujcie;) bo wycieczka może Was sporo kosztować;)

Pozwolę sobie wyróżnić trzy typy „nosicieli” podrób:

Nosiciel nieświadomy – czyli taka osoba, dla której nie ma znaczenia jak otagowana jest np. jej torba, grunt żeby spełniała swoją funkcję, mieściła potrzebne rzeczy i np. pasowała do obuwia;) Nie nabyła jej na pewno ze względu na logo ani po to, by definiować się w oczach otoczenia jako fanka hajendowych marek. Pszczoła charakterystyczna na marki Gucci, też raczej siadła na jej trampkach przypadkiem. 

Nosiciel naiwny/poniekąd też nieświadomy – czyli ktoś, kto jest przekonany, że „zainwestował” w oryginał, bo przecież tysiak za buty/torbę czy zegarek to wcale nie jest mało, a na aukcji sprzedawca napisał: „wyprzedaż magazynu” i stąd niższa cena;) Jak powyżej wspomniałam, Louis Vuitton nigdy przecen nie robi, więc Ci, co lubią „okazje” i wyprzedaże mogą być zawiedzeni, tak jak osoba, która przeświadczona o posiadaniu oryginału, usłyszy od kogoś, kto trochę siedzi w temacie, że koło oryginału to nie leżało.

Nosiciel świadomy – jak sama nazwa wskazuje, świadomie dokonuje zakupu podróby, bo? No właśnie, jak myślicie? Z jakiego powodu to robi? Bo tak strasznie podoba mu się akurat ten konkretny model od projektanta, ale finanse nie pozwalają mu nabyć oryginału? Serio? Czy może chce nabrać innych? Bo siebie już oszukuje. Najczęściej taki typ nosiciela swoje wybory argumentuje w stylu: „po co przepłacać, kiedy mogę mieć „taką samą” za kilka stówek, albo „i tak nikt się nie zorientuje”. A co jeśli już się zorientuje? Padnie ofiarą kpin i w oczach innych straci wiarygodność. Warto narażać się na taki obciach? Bo według mnie, świadome noszenie podrób jest obciachem. Ciut mniej obciachowe jest przyznanie się do noszenia podróby, niż zapewnianie innych o legalnym jej pochodzeniu.

Ostatnio miałam przyjemność stać w kolejce przed kobietą z pseudo neverfullem (jeden z modeli torebek od Louis Vuitton). Sonia skojarzyła ten charakterystyczny wzór szachownicy i mówi na cały sklep : „Mamo, ta Pani ma taką samą torebkę jak ty”. Odpowiedziałam jej cicho: „prawie”;) Bo to „prawie”, może nie dla 4 letniej dziewczynki, ale generalnie, robi różnicę. 

A co, jeśli ktoś marzy o takiej torebce, ale nie może sobie na nią pozwolić? Marzenia należy spełniać, również te zakupowe i przychodzą mi na myśl dwa sposoby:

  • odkładanie środków na tę jedną, bez kupowania po drodze kilku innych za stówę itp
  • zakup w komisie (jest ich coraz więcej) w niższej cenie, a nadal w dobrej kondycji (z reguły właścicielki drogich toreb dbają o nie lub sprzedają w super stanie, by kupić kolejną, z nowej kolekcji) . Oczywiście po wcześniejszym wglądzie do całej dokumentacji

Większość sieciówek mocno inspiruje się trendami wyznaczanymi przez czołowych projektantów i to jest ok, ponieważ nie umieszczają na produktach luksusowego logo. Więc uważam, że lepiej jest kupić coś, co niczego nie udaje, a wykonane jest w podobnym klimacie, niż kolekcjonować podróby. Ponoć AliExpress święci triumfy w podróbkach, a prawdziwe „perełki” można znaleźć pod ukrytą aukcją np. ze skarpetami. Skąd wiem? Z opowieści;) (sama nigdy tam nic nie kupiłam). Czekasz pięć tygodni, ale jak już się doczekasz, okazuje się, że zrobiłaś deal życia, bo za kilka stówek jesteś cała w Gucci i kipisz luksusem. Czym zatem jest luksus, ciśnie się pytanie? Dla każdego czymś innym zapewne i za wszystkich nie odpowiem, ale dla mnie luksus to prawda, więc zachęcam do nieepatowania przekłamanym wizerunkiem, bo przecież torebka za 100 zł nie odbierze nam klasy, ale podróba za stówę czy dwie, już tak! Zachęcam do bycia fair play ze sobą i z innymi, także w kwestii kreowania wizerunku i mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam, bo nie taki cel przyświecał dzisiejszemu wpisowi. 

 

Podobało Ci się? Podziel się z innymi albo skomentuj poniżej

4 komentarze

    • Kasia Odpowiedz

      Jestem na początku drogi zawodowej (personal shopper/osobista stylistka) i głodna wiedzy idę na kolejne szkolenie z tego zakresu.

  1. Mnie nie kręcą ani podróby ani oryginały. Ciekawie piszesz i dlatego przeczytałam do końca. Fajnie, że potrafisz łączyc te drogie rzeczy z bardziej przystepnymi a za fragment z przyszywqnymi metkami szacun bo nie każdy by się przyznał na forum;) Pozdrawiam

    • Kasia Odpowiedz

      Fajnie, że wpadłaś mimo, że z tego co piszesz, temat nie pod Ciebie;) Heh..takie były czasy..że banan był rarytasem i szał za adidasem;) Pozdrawiam:)

Napisz komentarz